Zabierzmy dzieci na pogrzeb

Gdy mówimy: "Mamusia odeszła", dziecko myśli: "No, to zaraz wróci". O śmierci trzeba mówić dzieciom konkretnie.

Fot. Shutterstock

Małgorzata Smolińska: Po długiej chorobie umiera dziecku tata...

Bożena Winch, psycholog, wykładowca Uniwersytetu SWPS w Warszawie: ...i poczucie ogromnej straty u tego dziecka jest nieuniknione. Tata, mama, dziadkowie, siostrzyczka, brat to są najsilniejsze więzi. Żałoba to stan normalny, ale nie u każdego wygląda tak samo. Nam, dorosłym, często ciężko zrozumieć zachowanie dziecka w żałobie.

Pani pomaga je zrozumieć?

- Pomagam dorosłym wesprzeć dzieci w żałobie. Śmierć członka rodziny to dla wszystkich tak wielki cios, że często zapominają o tym, że są dzieci, które to bardzo przeżywają. Musi się znaleźć ktoś, kto je przez ten emocjonalny chaos przeprowadzi - przytuli, porozmawia. Rzadko się ktoś taki znajduje.

Osierocone dzieci często zamykają się w sobie. Nie zostawiajmy tak tego, bądźmy obok, zapewniając, że jesteśmy gotowi z nimi pogadać, popłakać razem. Jak dziecko nie chce rozmawiać, to jeszcze nie znaczy, że nie chce się komunikować. Można je zachęcić do rysowania, zapytać: „A co zrobiłaby laleczka, gdyby...”, „Co by czuła, gdyby…”. Jeśli chodzi o przeżywanie żałoby, nie ma żadnych ram czasowych; a dzieciom, którym jednocześnie umierają oboje rodzice, żałoba de facto nie kończy się nigdy.

Sami nie dajemy sobie rady ze śmiercią bliskich...

- Ale my, dorośli, jesteśmy od tego, żeby zaopiekować się słabszymi. Dzieci po śmierci najbliższych różnie się zachowują, ale wszystkie mają trudności, żeby sobie z tym doświadczeniem poradzić. Nie można szeptać ponad głowami dzieci, udawać, że nie istnieją. One słyszą więcej, niż nam się wydaje, a słysząc szept dorosłych, automatycznie się niepokoją.

Jakich słów użyć, rozmawiając z małym dzieckiem?

- Konkretnych. Gdy mówimy: „Mamusia odeszła”, dziecko myśli: „No, to zaraz wróci”, my mówimy: „Babcia zginęła”, dziecko myśli: „No, to zaraz się odnajdzie”.

Zdanie: „Twój brat umarł i nigdy go już z nami nie będzie”, jakoś grzęźnie nam w gardle.

- Ale właśnie taki komunikat jest dla dzieci zrozumiały. Ciężko jest wytłumaczyć śmierć, jej nieodwracalność. Gdy tego odpowiednio nie wyjaśnimy, nawet starsze dziecko może nie zrozumieć, o co w tym „odchodzeniu” chodzi. Znam przypadek 10-latka, który widział, jak tato umiera na raka, był na pogrzebie, ale potem zadał porażające pytanie: „A kiedy tatuś przyjdzie na kolację?”.

Teraz maluchom mieszają w głowach gry komputerowe. Każdy ma po pięć żyć i dzieci przyjmują to bez cienia wątpliwości. Świat bajek też jest pełny okrucieństwa - jest śmierć, odcinanie kończyn, ale przynajmniej są one w pewien sposób realne. Jak dziewczynka z zapałkami umarła, to umarła naprawdę.

Osierocone nastolatki łatwiej nam zrozumieć?

- Niekoniecznie. Nastolatki zachowują się często w niezrozumiały sposób - mają nieadekwatne reakcje, tłumią smutek, całym sobą mówią: „Odczepcie się”. Pamiętam rodziców, których zbulwersowało zachowanie syna: na wieść, że babcia zmarła, wściekł się, wybiegł z domu i trzasnął drzwiami. Oburzyli się, że im w takim momencie numer wykręca. A on wtedy płakał pod schodami. Sąsiadka go znalazła.

Gdzie można szukać pomocy, gdy naszym dzieciom trudno się otrząsnąć po śmierci kogoś bliskiego?

- Zalecam kontakt z psychologami w hospicjach. Oni o żałobie wiedzą wszystko. Niektóre hospicja organizują wyjazdy dla osieroconych dzieci. To świetny pomysł, bo - gdy np. nie ma obojga rodziców - rzadko która ciocia czy babcia pomyśli o takich rzeczach jak wakacje. Dzieciom w takiej grupie jest łatwiej, bo „obowiązuje” wspólnota problemu i języka. Wiedzą, że nikt się nie zasępi, gdy zaczną opowiadać: „A jak moja mama umierała, to…”.

Czy nauczyciel może jakoś pomóc dziecku?

- Nasz system szkolny nie pomaga budować więzi uczeń - nauczyciel. Nauczyciela nie nagradza się za dobre relacje z dziećmi, tylko za ich wyniki w nauce. Maluchy kochają swoją panią, bo taka miła, ale nastolatki już nie są w nauczycielach zakochani. I - gdy nie było wcześniej bliskiej więzi z uczniem - lepiej nie silić się na nagłą zażyłość.

Ale nie wolno też udawać, że nic się nie stało, ani - o zgrozo! - lekceważyć żałoby. Nauczyciel, który mówi do osieroconej uczennicy: „No, nie bądź taka smutna”, zamyka jej i sobie możliwość porozumienia. Najlepiej jest, gdy z dzieckiem o śmierci porozmawia jeden nauczyciel, z którym miało wcześniej najbliższy kontakt.

Ale jak?

- To nie jest tak jak z kaszlem: guajazyl trzy razy dziennie. Trzeba próbować. Ważne są nawet drobne gesty, banalne pytania: „W czym ci mogę pomóc?”. Zdarza się, że dziecko bez rodzica czuje się gorsze od innych, odsuwa się od rówieśników. I vice versa: klasa wyklucza sierotę, są przejawy dyskryminacji. Nauczyciel musi być na to wyczulony.

Warto na co dzień rozmawiać z dziećmi o śmierci?

- Warto. Ale o śmierci, chorobie nikt nie lubi rozmawiać. Za dużo w tym smutnych i sprzecznych uczuć. Gdy żyło się w wielopokoleniowych rodzinach, babcia leżała w agonii w domu i najmłodsi byli z chorowaniem i ze śmiercią oswojeni. Dzisiaj babcia leży w szpitalu, a krewni mają wątpliwości, czy zabierać tam dzieci.

Zabierać?

- Oczywiście. Ale nie bez przygotowania. Najpierw trzeba opowiedzieć, że babcia czy brat leżą cały czas w łóżku, więc nie będą się bawić i rozmawiać jak zwykle, że mogą inaczej wyglądać i że są podłączeni do różnych rurek, w których są leki. Trzeba wytłumaczyć, że w szpitalu trzeba być cichutko, że się nie skacze po łóżkach.

Ale może pogrzebów warto dzieciom oszczędzić?

- Niby dlaczego? Nie można wyłączać dzieci z tego elementu życia tylko dlatego, że to smutny moment. Czteroletni synek moich znajomych chciał zobaczyć ciężko chorego dziadka. Oni na to, że dziadek teraz bardzo źle wygląda. „Ale ja będę krótko” - odparł mały. Uznaliśmy, że chłopczyk wie, czego chce. Tato poszedł z nim do szpitala, mały zawołał od progu: „Dziadzia!”, pomachał rączką „pa, pa” i wybiegł. Potem był na pogrzebie, ojciec wyjaśnił mu, co się będzie działo na cmentarzu. Chłopiec ułożył to sobie w głowie.

A jak dziecko nie chce iść na pogrzeb?

- Nie warto robić nic na siłę - zmuszać do oglądania zmarłej babci, do całowania mamy w trumnie. Na każdym etapie jednak należy dziecku tłumaczyć, co się dzieje.

Jak miałam pięć lat, widziałam mężczyznę podczas ataku padaczki. Moja mama wołała, by włożyć mu coś między zęby. Bardzo mnie to zaskoczyło, ale mama wytłumaczyła mi, na czym polega ta choroba i że można sobie język przegryźć. I nie przestraszyłam się.

- Włączanie dzieci w różne aspekty życia ma olbrzymią wartość. Ale trzeba tłumaczyć, przygotowywać, trzymać za rękę. W ten sposób dziecko się uczy - poprzez doświadczenie odpowiednio skomentowane przez dorosłego.