Ani laurka, ani mowa sądowa - pożegnania osób o trudnym charakterze
Jak podczas uroczystości pogrzebowej żegnać ludzi nieidealnych, nie uciekając ani w laurkę, ani w osąd?
Jak podczas uroczystości pogrzebowej żegnać ludzi nieidealnych, nie uciekając ani w laurkę, ani w osąd?

Prawie każdy z nas słyszał o takich pożegnaniach (lub nawet w nich uczestniczył): z jednej strony ksiądz lub mistrz ceremonii rozpływający się nad zaletami żegnanej osoby, z drugiej – wymieniane między żałobnikami zdumione spojrzenia i nerwowe pomruki, a czasem wręcz jawnie wyrażana niezgoda wobec tej pomnikowej narracji. Przyczyny takich reakcji bywają różne. Mogło być tak, że zmarły odznaczał się "trudnym charakterem", miał zatargi z pozostałymi członkami rodziny, problem z nałogami, dopuścił się zdrady lub był osobą przemocową. A jednocześnie potrzeba podążenia za społeczną konwencją ("O zmarłych źle się nie mówi") lub kierowanie się jednostronnym, wyidealizowanym obrazem danej osoby sprawiły, że powstała piękna laurka, mająca niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Czy to źle? A może uroczystość pogrzebowa wcale nie jest polem do rozprawiania się z rodzinnymi mrokami? Może odpowiedzią na niezbyt piękne życie powinna być właśnie ładna opowieść, która po nim zostaje?
W czasie swoich spotkań z bliskimi zmarłych osób często mierzę się z podobnymi dylematami. "Czy można mówić też złe rzeczy?" – pytają mnie moi rozmówcy. Albo otwarcie dzielą się opowieściami o tym, że zmarły wcale nie był ich zdaniem dobrym rodzicem, dziadkiem czy współmałżonkiem i że nie życzą sobie, by opowiadać kłamstwa na jego temat. Innym zaś razem tylko delikatnie zwracają uwagę, że sytuacja jest skomplikowana, bo ktoś miał na przykład wcześniej inną rodzinę i nie jest z nią w najlepszych relacjach.
Czasem już samo wysłuchanie tych historii i uznanie emocji, które za nimi stoją, jest dla opowiadających ważne. Wiem to nie tylko jako celebrantka, ale także jako bezpośrednia uczestniczka takiej rodzinnej sytuacji, w której wspaniałe słowa wygłaszane o zmarłym na pogrzebie były raniące dla nas, krewnych. Lukrowanie i negowanie tego, co dla bliskich wiązało się z trudnymi, bolesnymi doświadczeniami, sprawia, że ich krzywda staje się niewidoczna, a emocje jej towarzyszące – pozbawione znaczenia.
Na takiej sytuacji traci też żegnana osoba. W codziennym życiu rzadko mamy do czynienia z biografiami idealnymi. Każdy z nas jest mikrokosmosem swoich działań, zdarzeń, w których uczestniczył, postaw, cech, relacji. Jednymi z nich możemy się pochwalić, innymi niekoniecznie. Jeszcze inne będą postrzegane różnie w zależności od tego, kto o nich opowiada. Właśnie ta różnorodność i wielopłaszczyznowość czyni nas ludźmi, a nie pomnikami. W przypadku życiorysów nieidealnych przyjrzenie się temu, co trudne, próba wysłuchania różnych opowieści o zmarłym, spojrzenia nań z wielu punktów widzenia może sprawić, że stanie się on dla nas pełniejszy, bardziej poznany i zrozumiany. Tymczasem próba opowiedzenia o nim tylko poprzez ładnie brzmiące frazesy czyni go w istocie płaskim niczym figurka wycięta z papieru.
Centralnym punktem wielu ceremonii świeckich jest tzw. mowa pogrzebowa, określana też mianem laudacji lub wspomnienia o zmarłym. W przypadku pogrzebów wyznaniowych nie zawsze jest na nią miejsce. Tu więcej zależy od osobowości duchownego i od tego, jak dobrze zna swoich parafian. Zdarza się (zwłaszcza w dużych parafiach), że księża rezygnują z tej możliwości, żeby nie powiedzieć czegoś na wyrost. Czasem jednak decydują się opowiadać o żegnanej osobie albo dają taką przestrzeń komuś z rodziny.
Jak podejść do sytuacji, kiedy mamy coś o zmarłym powiedzieć, a jego charakter lub przeszłość z pewnością nie były takimi, które należałoby zgodnie ze znaczeniem słowa laudacja (łac. laudare) – wychwalać?
Warto przyjrzeć się temu, jak radzono sobie w takich sytuacjach w wiejskiej kulturze tradycyjnej. Przede wszystkim jednym z założeń stojących za tzw. dobrą śmiercią było to, że umierający musiał uporządkować swoje ziemskie sprawy. Również te dotyczące relacji z krewnymi czy sąsiadami. Wierzono, że niedokończone waśnie albo brak przebaczenia ze strony członków społeczności za wyrządzone im winy mogą nie tylko utrudniać proces odejścia ze świata, czynić go dłuższym i bardziej męczącym, ale także mają wpływ na pośmiertne losy duszy. Dobrym przykładem takiego myślenia jest widmo złego pana w drugiej części "Dziadów", które, nie znajdując wybaczenia w oczach swoich dawnych poddanych, musi błąkać się po świecie, nie zaznawszy spokoju.
Jeśli jednak komuś nie udało się pogodzić z członkami wiejskiej wspólnoty przed śmiercią, kultura oferowała mu szansę, by to nadrobić. Kiedy kondukt ze zmarłym udawał się na cmentarz, w drodze zatrzymywano się przy kapliczkach i granicznych krzyżach. Były to miejsca, w których zmawiano modlitwę za zmarłego, ale także czyniono w jego imieniu tak zwane odpraszanie. Ktoś z krewnych, a czasem wiejski nauczyciel lub inny dobry mówca, zwracał się wówczas do uczestników pożegnania z prośbą o wybaczenie za zło, jakiego doznali od osoby zmarłej. Nawet jeśli ona sama nie mogła już naprawić tego, co zrobiła, starano się to zrobić przynajmniej na poziomie obrzędowym – dając duszy szansę na ukojenie, a żyjącym – świadomość, że ich krzywdy nie były bez znaczenia. Może dziś także potrzebujemy w trakcie ceremonii pogrzebowych takiego wołania o wybaczenie jako części tego, co słyszymy o żegnanej osobie?
W sytuacjach, gdy zmarły nie był człowiekiem o krystalicznej biografii, tym większą wagę przywiązuję do rozmów z bliskimi. Staram się wysłuchać różnych osób, poznać różne punkty widzenia i wspomnienia. Może być przecież tak, że ktoś, kto był ze zmarłym najbliżej, postrzega go zupełnie inaczej niż dalsi krewni czy przyjaciele. Może się też zdarzyć, że w którejś z rozmów uchwycę coś, co pomoże mi lepiej daną osobę zrozumieć, wczuć się w jej położenie, emocje i namiętności, które nią targały. Bywa, że również opowiadający, gdy dopuszczą do głosu i to, co dobre, i to, co złe, stworzą narrację, która pomoże im łatwiej odnaleźć się w tym węźle emocjonalnym, który się wokół nich zaplótł.
Mowa pogrzebowa może być wrażliwa na te właśnie niuanse. Dostrzegać człowieka w jego wielowymiarowości, a jednocześnie nie wybielać na siłę tego, co czarne. Nie jest rozprawą sądową, a jednocześnie może uznawać trudne uczucia tych, którzy zostają. Nie jest pomnikiem, a jednak może spróbować spod wielu ciemnych wspomnień wydobyć również te jasne. Bo w mowie pogrzebowej przeglądamy się wszyscy: szukając w niej siebie, tych, którzy są wokół nas, i tych, których na zakrętach życia pogubiliśmy.
Nie wszystko można i nie wszystko też trzeba wyrazić słowem. Laudacja ma swoje ograniczenia. Do części zgromadzonych na ceremonii pogrzebowej osób trafi, do części nie. Wsparciem dla tych, którym nie wystarczą słowa, mogą być rytualne gesty i działania. Coś, co jest poza porządkiem linearnym, co wymyka się racjonalizacjom, co pozwala dać upust emocjom, bez wartościowania ich na lepsze i gorsze.
Jakie to mogą być gesty? Dopasowane do intencji, z którą przystępujemy do pożegnania. Jeśli ktoś był "przykuty" do niszczących jego i bliskie mu osoby zachowań lub nawyków, może zechcemy go uwolnić, rozsypując na wiatr nasiona, puszczając kolorowy balonik czy ogniowy lampion.
Jeżeli swoimi działaniami sprawił, że porwały się delikatne więzi rodzinnej wspólnoty, możemy pokusić się o symboliczną próbę ich odbudowania, działając razem (paląc świece, puszczając coś z nurtem wody).
W sytuacji gdy zmarły zapisał się w pamięci bliskich sobie osób niejednorodnie, możemy sięgnąć po działanie symboliczne, w ramach którego różne przedmioty dorzucane do ceremonialnej misy odpowiadają różnym stojącym za nimi emocjom i wspomnieniom.
Przy relacjach splątanych tak, że trudno w nich znaleźć jasny, wiodący wątek, możemy w trakcie ceremonii spędzić czas na cichej medytacji polegającej na rozplataniu włóczkowego warkocza.
Dużą rolę w poszukiwaniach tego, co będzie wspierające dla nas, odgrywa muzyka. Ona potrafi nieść ze sobą obrazy, wrażenia i sensy, które nie zatrzymują się na poziomie tego, co racjonalne, tylko dotykają nas do głębi. Nie musimy więc przy jej wyborze sugerować się tym, czego "wypada" słuchać na pogrzebach. Może właśnie ten jeden wybrany z myślą o sytuacji utwór połączy uczucia, potrzeby i wrażliwość tych, którzy uczestniczą w pożegnaniu?
Jeśli zaś to, co najbardziej raniące należało do wąskiego grona najbliższych zmarłemu osób, najlepszym rozwiązaniem bywa zrobienie dwóch ceremonii. Jednej skierowanej do szerszej społeczności krewnych i kolegów oraz drugiej, kameralnej, w trakcie której znajdzie się przestrzeń również na intensywne emocje i działania niosące ukojenie.
Bywają sytuacje, w których żadne słowa i gesty nie są w stanie uleczyć ran, które ktoś nam wyrządził. Przemoc fizyczna lub seksualna, skrzywdzenie osób nam drogich, słowa, które nigdy nie powinny były paść. Oceny, co jesteśmy, a czego nie jesteśmy w stanie wybaczyć, nie dokona za nas ani celebrantka, ani osoba duchowna, ani nikt z zewnętrznych obserwatorów. To kwestia, którą musimy rozsądzić w swoim własnym wnętrzu.
Dobrze nie kierować się wówczas przekonaniem, że coś musimy albo czegoś nie wypada nam robić. Bo "będzie lepiej wyglądało przed sąsiadami", "nie wypada inaczej", "był, jaki był, ale to zawsze ojciec", "to nie była jej wina, tak została wychowana"… Możemy wiedzieć wszystkie te rzeczy i przyjmować je z poziomu logiki, a jednocześnie nie znajdować w sobie siły ani gotowości na usprawiedliwianie kogoś, kto dopuścił się wobec nas zła. Mamy do tego prawo, a jeśli wiemy, że ceremonia pogrzebowa tego wszystkiego nie pomieści, mamy również prawo do zrezygnowania z uczestnictwa w niej. Bywa, że ból jest zbyt dotkliwy.
Tak jak nie ma jednego słusznego schematu, jak ma wyglądać ceremonia pożegnania, tak nie ma jednej ścieżki radzenia sobie w czasie planowania pogrzebu osób z trudnymi charakterami, historiami i relacjami. Każdy z nas jest inny, różne relacje łączą nas ze światem, a nawet dwie pozornie podobne sytuacje życiowe mogą okazać się zupełnie odmienne. Warto zaufać w tym procesie głosowi serca, a jeśli w przygotowywaniu ceremonii sięgamy po pomoc zewnętrzną – znaleźć taką osobę, która z uwagą i delikatnością będzie prowadzić nas przez kręte ścieżki bycia z drugim człowiekiem.
Monika Stasiak