Henryk Janicki

Henryk Janicki

Ur. 01.04.1935 Zm. 16.09.2021

Wspomnienie

Henryk Janicki urodził się w 1 kwietnia 1935 roku na Zamojszczyźnie. Ten 1 kwietnia naznaczył go na całe życie, bo miał duże poczucie humoru, lubił się śmiać i żartować w towarzystwie. W domu było bardzo biednie. Gdy miał 3 lata, umarł jego ojciec, więc swojego taty nawet nie pamiętał. W czasie wojny mama – krawcowa – szyła portfele, które czasem kupowali Niemcy, i to pomagało im przetrwać. Po wojnie mama wyszła ponownie za mąż, ale ojczym niedługo potem został aresztowany i osadzony w stalinowskim więzieniu. W liceum w Tomaszowie Lubelskim Henryk ukrywał więc fakt, że mama wyszła za mąż, bo mógłby mieć duże problemy. Po maturze w 1955 r. wyjechał na studia do stolicy. Ukończył architekturę na Politechnice Warszawskiej. W 1960 r. ożenił się z Czesławą, którą znał od dzieciństwa i która również przyjechała studiować w Warszawie. Wraz z żoną – nauczycielką – przenieśli się do Zalesia Dolnego, gdzie Czesława dostała pracę w szkole (Platerówce) oraz mieszkanie. Tam wychowali dwóch synów – Roberta i Artura, i przeżyli szczęśliwie 61 lat w małżeństwie. Henryk Janicki w swoim życiu osiągnął bardzo wiele, co zawdzięczał głównie swojej ciężkiej pracy i wytrwałości. Pracował przez dziesięciolecia jako architekt i inspektor nadzoru budowlanego. Wykonywał projekty na początku dla przemysłu ogrodniczego – m.in. projektował i nadzorował realizacje wielkich przetwórni owoców Hortexu – w kraju i zagranicą. W biurze projektów kierował dużymi zespołami projektowymi, nigdy nie zajmował jednak stanowisk dyrektorskich, bo nie należał do partii. Projektował również domy mieszkalne – małe domki, wille czy całe osiedla (np. osiedle „Nasz zdrowy dom” w Julianowie pod Piasecznem). W latach 80-tych projektował dużo domów i przechowalni owoców dla sadowników i ogrodników w okolicach Grójca. Ze względu na znajomość sztuki budowlanej, pomagał we wznoszeniu kościoła w Zalesiu Dolnym. Zaprojektował również rozbudowę miejscowej plebanii. Projektował i nadzorował także budowę Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii "Dom Matki Dobrego Pasterza" przy ul. Zgoda w Piasecznie, prowadzonego przez Siostry Pasterzanki. Henryk Janicki po roku 1989 zaangażował się w samorząd lokalny. W 1990 r. wystartował w konkursie na stanowisko burmistrza Piaseczna, który wygrał i został pierwszym „solidarnościowym” burmistrzem. Piaseczno było wtedy miasteczkiem bardzo zaniedbanym przez lata PRL-u, z dużą stopą bezrobocia. Samorząd w tamtych czasach był w powijakach, wiele rzeczy trzeba było zacząć od zera, a mało kto wiedział, jak to się powinno robić. Bardzo mu zależało na tym, by w Urzędzie Miasta każdy petent był traktowany z szacunkiem i obsłużony najlepiej, jak się da. Sam też przyjmował interesantów, którzy przychodzi do niego z najróżniejszymi problemami, dlatego w poniedziałki wracał późno, gdy już wszystkich wysłuchał. Ponieważ lubił żartować, zdarzało mu się, że jeśli wiedział, że ktoś znajomy bierze ślub, to zakradał się do Urzędu Stanu Cywilnego, zamieniał się z urzędniczką i udzielał ślubu osobiście, bo miał takie uprawnienia. Jako burmistrz nie bał się odważnych decyzji. Wprowadził w Piasecznie ruch jednokierunkowy na głównych ulicach. Doprowadził do realizacji ul. Wojska Polskiego w miejscu, gdzie były nieużytki i zarośnięte ścieżki, którymi ludzie bali się chodzić nawet w dzień. Wydał zgodę na budowę pierwszego w Polsce hipermarketu przez nieznaną wtedy nikomu w Polsce firmę Auchan. Kadencja pierwszego burmistrza Piaseczna była bardzo nerwowa, mimo to Henryk Janicki wytrwał na stanowisku do końca kadencji, jako jedyny w podwarszawskich gminach. Później do emerytury pracował jeszcze w Wydziale Architektury.   Na emeryturze uwielbiał uprawiać ogród lub po prostu w nim przebywać, nawet w deszcz. Lubił kamienie ogrodowe i miał zwyczaj z entuzjazmem przenosić je z jednego kąta ogrodu w drugi. Angażował przy tym członków rodziny, którzy nie zawsze ten entuzjazm podzielali. Chętnie też opiekował się wnukami, zajmował się psem Pikusiem i psem Oro. Często brał psa i odbierał wnuki z przedszkola lub szkoły. Uwielbiał długie spacery – im gorsza była pogoda, tym na dłuższe wędrówki wyruszał, zwykle w stronę Żabieńca i Zalesia Górnego. Pewnie temu zawdzięczał dobre zdrowie. Później chodził już na krótsze spacery, np. do kościoła. Lubił się też wygrzewać na słońcu. Wraz z żoną Czesławą na emeryturze dużo podróżowali – jeździli do syna do Włoch, byli nawet w USA, w Brazylii, w Izraelu i w Chinach. Poza tym żył raczej skromnie – mimo że projektował rezydencje i osiedla, sam do końca życia mieszkał w 2-pokojowym mieszkanku w bloku i jeździł wysłużonym samochodem. Bardzo jednak pilnował, żeby nikomu w rodzinie niczego nie brakowało. Dbał, żeby synowie byli wykształceni i mieli gdzie mieszkać. Co lato zabierał rodzinę nad morze, a co zimę w góry. Zawsze był życzliwy i pomocny. Cieszył się, gdy udało mu się szybko zaszczepić na COVID, bo mógł wreszcie pomagać robić zakupy. Bardzo się martwił, gdy ktoś z najbliższych chorował. Martwił się, gdy ktoś wyjeżdżał i nie mógł się doczekać, aż cało nie wróci. Martwił się, gdy ktoś zbyt dużo pracował. Martwił się, że zabiera czas, gdy trzeba go było wozić do lekarza. Martwił się sytuacją w kraju. Cieszył się za to ogromnie z każdego swojego wnuka i wnuczki. Najmłodszy wnuk, Dominik, pojawił się w maju i rozweselał ostatnie miesiące życia Dziadka. Radował się z każdego sukcesu swoich synów, synowych i wnuków. W czerwcu odbierał z wnukiem Julkiem świadectwo maturalne. Bardzo się cieszył na ślub najstarszego wnuka Janka na początku września – ale nie mógł już wziąć w nim udziału. Z wnukiem Krzyśkiem uwielbiał oglądać mecze piłki nożnej. Gdy zobaczył wnuczkę Anielkę w mundurze harcerskim, był zachwycony. W ostatnich latach zachwycał się w ogóle bardzo dużo. Był dumny z dużej, pięknej rodziny, jak mówił. Cieszył się z tego, jak rozwija się i unowocześnia Piaseczno. Podobała mu się każda odnowiona ulica, nowa ścieżka rowerowa czy kawiarnia, w której przesiadują mieszkańcy. Gdy jeździł po Polsce, zachwycał się nowymi domami i drogami szybkiego ruchu. Cieszył się, że stajemy się częścią jednoczącej się Europy. Gdy był młodszy, lubił pływać i jeździć na nartach. Nie uważał, że po 80-tce powinien się pokazywać z laską, więc gdy miał problemy z chodzeniem, to często, zamiast niej, wybierał kijek narciarski. Do ostatnich dni przed wylewem, mimo że czuł się już słabo, był samodzielny, prowadził samochód i chodził po ogrodzie. Zawsze był zapalonym kibicem. Uwielbiał mecze piłki nożnej i siatkówki oraz skoki narciarskie. Bardzo przeżywał rozgrywki siatkarzy na olimpiadzie w Tokio w lipcu. Po kilku dniach dostał wylewu i nie odzyskał już świadomości. Walczył jeszcze w szpitalu 1,5 miesiąca. Dzięki wysiłkom lekarzy i pielęgniarek z Centralnego Szpitala Klinicznego przy ul. Wołoskiej w Warszawie (w szczególności dzięki dr Łęczyckiej, dr Cieśli, dr. Mieszkowskiemu i dr. Balcerzakowi) pokonał zapalenie płuc, sepsę i ponowne zapalenie płuc. Zniszczenia w mózgu okazały się jednak zbyt duże. Żył szczęśliwie, odszedł spełniony, po długim, pięknym życiu.

Rodzina