Jadwiga Kołodziejczyk

Jadwiga Kołodziejczyk

Ur. 1952 Zm. 22.11.2020

Wspomnienie

– „Pani Jadzia przyjedzie”, mówiło się i wszyscy się uśmiechali – opowiada Magdalena Zimniak, jedna z wielu kobiet, którymi Jadwiga Kołodziejczyk zajmowała się, jako położna środowiskowa w gminie Raszków w Wielkopolsce. - Już, gdy jechała swoim czerwonym samochodem, zawsze się człowiek cieszył na jej widok. Wszyscy ją znali. Przyjeżdżała najpierw do mojej mamy, gdy urodziłam się ja i moja siostra. A potem do mojego pierwszego dziecka. Skradła moje serce od pierwszej wizyty. Mam taki jej obraz: o cokolwiek zapytam, ona patrzy mi w oczy i całą uwagę poświęca temu mojemu pytaniu. Nigdy mnie nie zbyła. Czułam się bardzo bezpieczna przy niej. Jak się dowiedziałam o jej śmierci, zaraz zadzwoniłam do mamy, do babci. Nikt nie dowierzał, że życie pani Jadzi się skończyło. Jadwiga Kołodziejczyk zmarła na COVID-19 22. listopada 2020 roku. Kobiety, którymi się zajmowała, i dzieci, którym pomogła się urodzić, mieszkają w całej Polsce. – Mąż Jadzi miał taką pracę, że delegowano go do różnych miejsc i przeprowadzali się tam razem – opowiada Maria Woźniak, położna i przyjaciółka Jadwigi Kołodziejczyk. - Jadzia pracowała, jako położna i w szpitalach w dużych miastach, i na prowincji. Była dla mnie autorytetem, bo przeszła przez wszystkie stopnie i miejsca w tym fachu. Z tej wędrówki po Polsce wróciła potem na nasze tereny. Zetknęłyśmy się w poradni dla kobiet w przychodni w Ostrowie Wlkp. A potem każda z nas założyła własną praktykę. Jadzia była niezwykle oddana swojej profesji. Opiekowała się kobietami w ciąży, ale też ze schorzeniami ginekologicznymi, onkologicznymi. Kształciła się cały czas i innych do tego motywowała. Miała 68 lat, była w wieku emerytalnym i cały czas pracowała. Nie wyłączała telefonu, kobiety mogły dzwonić do niej o każdej porze dnia i nocy. – Próbuję ją zastąpić, chociaż jest niezastąpiona – opowiada Anna Wilgocka, młoda położna, która teraz zajmuje się kobietami w gminie Raszków. – To dzięki pani Jadzi zostałam położną. Znałam ją, bo chodziłam do liceum z jedną z jej dwóch córek. A potem, gdy urodzili się moi synowie, przyjeżdżała do mnie, jako moja położna środowiskowa. Studiowałam pedagogikę, a pani Jadzia powiedziała: „Musisz zrobić położnictwo. Jesteś do tego stworzona. Widzę, jak zajmujesz się swoimi dziećmi”. W samych superlatywach przedstawiała mi swój zawód. I poszłam na studia położnicze. Absolutnie nie żałuję. Wspierała mnie cały czas, w trudnych chwilach mówiła: „Nie martw się, to się da zrobić”. Bo ona nigdy nie narzekała, mobilizowała innych. Była dla mnie wzorem nie tylko w pracy, ale też w tym, jak żyła, jaka była dla innych, jaką była kobietą. Nie ma wielu takich ludzi jak ona. Uwielbiałam momenty, gdy siadałyśmy przy jej stoliku w kuchni, mogłam z nią rozmawiać o wszystkim. Miała mnóstwo planów, marzeń, cały czas coś robiła, żeby żyć pełnią życia. Maria Woźniak: – Kochała swoją pracę, ale Jadzia to nie tylko praca. Była artystką, realizowała się w różnych dziedzinach. Pięknie malowała, mnie też wciągnęła do pracowni plastycznej w Ostrowskim Centrum Kultury. I cudowny ogród razem z mężem prowadziła. Pełen piwonii. Piwonie były też na jej obrazach... Wśród nas zostało pełno śladów po niej. Czuję pustkę nie do zapełnienia. Anna Wilgocka: – Chwytam za telefon i chciałabym do niej zadzwonić, poradzić się. Nie ma dnia, żebym o niej nie myślała. Jej dom cały czas pachnie nią, ma się wrażenie, że zaraz przyjdzie i stanie w drzwiach. Magdalena Zimniak: – Pomyślałam sobie ostatnio: jakie to jest niezwykłe życie, gdy ktoś żył tak, że po twojej śmierci tyle osób płacze.

Violetta Szostak