Adam Zagajewski

Adam Zagajewski

Ur. 21.06.1945 Zm. 21.03.2021

Wspomnienie

Wybitny poeta i eseista, jeden z liderów literackiego pokolenia '68, od dekad słuchany, czytany i nagradzany w świecie. Recenzent polskich przemian, głośno zabierający głos w obronie wolności. Adam Zagajewski był ostatnim jak dotąd polskim poetą, który wszedł do obiegu literatury światowej; zajął w niej miejsce przynależne autorom słuchanym i czytanym z uwagą, jaka wcześniej była udziałem Czesława Miłosza, Wisławy Szymborskiej i Zbigniewa Herberta. Tę uwagę publiczności międzynarodowej zaskarbił sobie – jak mawiali krytycy jego twórczości – „stylem wysokim”. Zanim jednak styl ten przyległ do Zagajewskiego, który w 1982 r. wyemigrował do Paryża, by rozpocząć poetycki podbój światowych salonów, był głosem poetyckim formacji pokoleniowej ciężko doświadczonej komunistycznymi represjami i zakazem druku, dla której Marzec 1968 r. i antysemicka nagonka rządów Gomułki stanowiły zasadnicze przeżycie młodości. Urodzony we Lwowie poeta, mitologię tego miasta utrwalił – niczym Miłosz w „Dolinie Issy” – w jednym ze swoich najgłośniejszych tomów, „Jechać do Lwowa” (1985). Po wojnie rodzina Zagajewskich, jako przesiedleńcy, trafiła do Gliwic. Ojciec Adama Zagajewskiego został profesorem na Politechnice Śląskiej. Klasie naukowej lwowskich profesorów uczelnia ta do dziś zawdzięcza swój prestiż. Nie mógł młody Zagajewski trafić lepiej. Mieszkał w mieście, w którym swoją duchową zsyłkę odsiadywał już Tadeusz Różewicz – najbardziej wpływowy polski poeta drugiej połowy XX w. Po latach w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”, Zagajewski wyznał: „Gliwice nie stworzyły humanistycznej reprezentacji tego, czym faktycznie są”. Dla Zagajewskiego były miastem nielubianym, choć mocno kształtującym jego świadomość, czego dowodem wspaniała eseistyka poświęcona również Gliwicom w tomie „Lekka przesada” (). W 1963 roku Zagajewski zdał maturę w gliwickim V Liceum Ogólnokształcącym im. Andrzeja Struga. Podobnie zresztą, jak Julian Kornhauser, z którym już na studiach w Krakowie się zaprzyjaźnił, by w tandemie autorskim wydać jedną z najgłośniejszych książek lat 70. – „Świat nie przedstawiony” (1974). Tamten tom stał się manifestem ruchu poetyckiego, myląco nawiązującego swoją nazwą do francuskiej filmowej Nowej Fali, a jednak mającego z nią wiele wspólnego. Poeci i poetki, tacy jak: Kornhauser, Zagajewski, Ryszard Krynicki i Ewa Lipska, zaproponowali nowy język poetycki wywiedziony często z doświadczeń awangardystów, takich jak Witold Wirpsza i Miron Białoszewski. Język ten demistyfikował oficjalną propagandę PRL-u, wywracał na nice komunały o szczęśliwości i jedności narodu pod socjalistycznym butem. Język nowofalowców, uwolniony przez lingwistyczną wyobraźnię i ironiczny sznyt, zrywał zasłony kłamstwa z rzeczywistości, by właśnie ją przedstawiać w ostrym świetle brutalnej prawdy. W „Świecie nie przedstawionym” Zagajewski i Kornhauser świetnie uchwycili równoległe porządki realiów życia ludzi i wydmuszki PRL-owskiej nowomowy. Przy okazji tej książki ujawnił się silnie polemiczny charakter Zagajewskiego, który nie przepuszczał poezji polskiej grzechów estetyzmu popełnianych w czasach, gdy jemu akurat etyczny wymiar twórczości wydawał się ważniejszy. Poeci Nowej Fali po kolei obejmowani zakazem druku (m.in. w konsekwencji podpisania w 1975 r. Listu 59 przeciwko wpisaniu do konstytucji kierowniczej roli PZPR i wieczystego sojuszu z ZSRR) udawali się na banicję do wydawniczego drugiego obiegu, który przy okazji współtworzyli i zasilali świetnymi książkami. Tomy poetyckie Zagajewskiego z lat 70., w tym „Komunikat” i „Sklepy mięsne”, to książki, które do dzisiaj nie straciły nic ze swojej siły rażenia. W Polsce drugiej dekady XXI wieku czyta się je tak, jakby zostały napisane wczoraj. Ta ponadczasowa aktualność polega na skrajnie krytycznym i podejrzliwym stosunku do każdej władzy. Zmęczony beznadzieją stanu wojennego Adam Zagajewski wyemigrował w 1982 roku do Francji. Mniej więcej od tomu „Jechać do Lwowa” zaczął zmieniać swój poetycki język. Ów styl wysoki – będący splotem mowy odświętnej i częstych nawiązań do wielkich dzieł kultury śródziemnomorskiej – nie przyniósł mu splendoru wśród młodzieży literackiej, która weszła do literatury już po przemianach 1989 r. Coraz częściej Adam Zagajewski stanowił negatywny punkt odniesienia dla młodych literatów, dla których jawił się, jako poetycki syty kot, odbierający kolejne wyróżnienia. A tych przybywało; Zagajewskiego honorowano najważniejszymi nagrodami poetyckimi, w tym nagrodą Vilenica, niemiecką Nagrodą Heinricha Manna, nagrodą Neustadt, Nagrodą Księżnej Asturii. Od lat jego nazwisko notowano na noblowskiej giełdzie. W swoich ostatnich wierszach Zagajewski nawiązywał do dawnego lirycznego Sturm und Drang. Przy całej elokwencji i pogodnym usposobieniu ten miłośnik malarstwa dawnych mistrzów i muzyki Mahlera nosił w sobie niewygasłe źródło buntu. W swoich wierszach balansował między potrzebą harmonii ze światem a ciągłym niepogodzeniem z rzeczywistością. Dążył do jej afirmatywnej reprezentacji w twórczości, „próbował opiewać okaleczony świat” (jak w wierszu opublikowanym w „New Yorkerze” parę dni po atakach na World Trade Center pod tytułem „Try to Praise the Mutilated World”), jakby wypierał własną wiedzę i to, że świat akurat do opiewania się nie nadaje. Choć sam dążył do całkowitej przejrzystości swoich wierszy, niosły one z sobą znaczenia często ukryte, ciemne i niepokojące. I choć unikał w poezji bebechowatej konfesji, pozwalał też sobie na tony niezmiernie prywatne i przejmujące, jak w szpitalnym wierszu „Autoportret pod kroplówką” z tomu „Prawdziwe życie”. Widzę też stadion K.S. Clepardia niebiescy grają przeciw czerwonym a czerwoni przeciw niebieskim. Tutaj jednak panuje spokój cisza i przeźroczystość; nie biorę udziału w walce. W prawdziwym życiu Zagajewski brał jednak udział w tej walce, która z biegiem lat coraz wyraźniej stawała się walką o prawdę w życiu publicznym, o uczciwe spojrzenie na ciemne strony historii zaludnianej przez rozmaitych tyranów. Ale również upominał się o historie fałszowane z pobudek politycznych, jak w przypadku fikcji o krystalicznej postawie Polaków wobec Żydów podczas okupacji. Upominał się też o status artysty, który nie kłania się bogom populizmu i nie zakuwa swojej twórczości w ideologiczne dyby. Zagajewski duchem i ciałem towarzyszył polskim przemianom transformacyjnym, był ich moralnym recenzentem, zwłaszcza po powrocie do Polski w 2002 r. O tych przemianach i o polskiej literaturze nauczał na uniwersytetach amerykańskich, spędzając większość czasu między Huston a Krakowem. Z czasem te recenzje stawały się coraz głośniejsze, a Zagajewski, jako jeden z nielicznych poetów w Polsce, szybko i stanowczo zajmował stanowisko w obliczu wzbierającej fali ksenofobii i politycznej demagogii, która swój szczyt osiągnęła wraz z ponownym objęciem przez PiS władzy w 2015 r. W ostatniej książce eseistycznej „Substancja nieuporządkowana” (2019) sporo miejsca poświęcił zagadnieniu prawa i jego dekonstrukcji będącej narzędziem kształtowania się każdej autokracji. A jednocześnie wzmiankował o sprzecznej naturze wolności. Pisał: „ta życiodajna sprzeczność kryjąca się w poezji, napięcie między spontanicznością uczuć a naczyniem formy w istocie przypomina grę sił pomiędzy wolnością osobistą i surowymi kodeksami. Można przeżyć długie życie, nic o tych kodeksach nie wiedząc, ale one istnieją i nie śpią w nocy – w przeciwieństwie do wolności, która ma swoje humory, potrzebuje odpoczynku, a nawet niekiedy znika”. Ta książka dawała nadzieję nie tyle zgnębionemu wymiarowi sprawiedliwości, ile dawała odpór wymiarowi niesprawiedliwości, demaskując ów mechanizm odbierania słowom podstawowych znaczeń. Dawał też Zagajewski wspaniałe świadectwa przyjaźni w świecie literatury, kojarzonym z bezpardonową konkurencją i walką o symboliczną władzę. W chorych czasach narcyzów pisał przejmujące portrety zmarłych przyjaciół. Jego szkic o Josifie Brodskim, publikowany na łamach „Gazety Wyborczej”, jest jednym z najpiękniejszych portretów przyjaźni między poetami. Z wiekiem stawał się coraz bardziej otwarty na młodą poezję, miał swoich ulubieńców, potrafił żyrować książki debiutantów swoimi posłowiem. Zawierał nowe przyjaźnie i znajomości, brał udział w organizowaniu Festiwalu Miłosza. I był, co może czasem umykało w powadze jego medialnego wizerunku, niezmiernie dowcipny. Nie mieszkał w wieży z kości słoniowej.

Krzysztof Siwczyk

Zdjęcie profilowe: Jakub Włodek/Agencja Gazeta