Witold Sadowy

Witold Sadowy

Ur. 1920-01-07 Zm. 2020-11-15

Wspomnienie

Witold Sadowy grał w teatrze u boku Mieczysławy Ćwiklińskiej, Jana Kreczmara, Jacka Woszczerowicza, występował w spektaklach Juliusza Osterwy i Leona Schillera. Przez 35 lat pisał wspomnienia o zmarłych aktorkach i aktorach. Z okazji setnych urodzin - w styczniu 2020 roku - ukazała się jego ostatnia książka: „Przekraczam setkę”. W teatrze zadebiutował w maju 1945 roku. O swoich początkach tak opowiadał w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”: – Do Warszawy wróciłem dwa dni po wyzwoleniu, 19 stycznia. Mój ojciec i brat zginęli w czasie powstania. Odnaleźliśmy z matką nasze mieszkanie na Grzybowskiej. Zdobywałem tytoń, mama robiła papierosy, ja sprzedawałem. Któregoś dnia dowiedziałem się, że po drugiej stronie Wisły działa teatr. Przez zamarzniętą Wisłę dostałem się na Pragę. Dyrektorem Teatru Miasta Stołecznego Warszawy (w miejscu obecnego Powszechnego) był Jan Mroziński, którego poznałem w czasie okupacji. Od razu zachciało mi się żyć. Już w drzwiach rzuciliśmy się sobie w objęcia. Mroziński do mnie: „Spadłeś mi z nieba. Chcesz być aktorem?”. Dostałem rolę 16-letniego chłopaka w sztuce Maurice’a Maeterlincka „Burmistrz Stylmondu”. Premiera odbyła się 8 maja 1945 r. To była praca zlecona. Dostawałem codziennie 100 zł, a po premierze 150 zł oraz talerz zupy i bochenek chleba. Witold Sadowy grał w pierwszej powojennej inscenizacji „Wesela” Wyspiańskiego w 1946 roku. Z sentymentem wspominał swoje role w Teatrze Polskim i spotkania z Arnoldem Szyfmanem i Leonem Schillerem. Grał też w Teatrze Ateneum, Teatrze Klasycznym (obecny Teatr Studio) oraz w Teatrze Rozmaitości. Ze sceną pożegnał się w 1988 roku, a jego ostatnim spektaklem była „Gałązka rozmarynu” w Teatrze Rozmaitości. Grał niewielką rolę austriackiego feldmarszałka. – Tego dnia nie czułem się najlepiej, rozbierała mnie grypa, to był drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1988 roku – opowiadał w „Gazecie Wyborczej” o swoim ostatnim dniu na scenie. – Wychodząc z teatru, jak zawsze powiesiłem strój na wieszaku i pożegnałem się z garderobianą: „Do widzenia, do jutra”. Następnego dnia z samego rana telefon z „Życia Warszawy”: „Twój teatr płonie!”. Poczułem, że nie wrócę już na scenę przy Marszałkowskiej. Ten pożar zakończył moją działalność aktorską. Jako aktor na emeryturze Witold Sadowy zajął się pisaniem o teatrze od kulis. Podjął się też niewdzięcznej roli: pisał wspomnienia o tych, którzy odeszli. „Pożegnania” zmarłych aktorów i aktorek, reżyserów i reżyserek zaczął publikować w 1985 roku, najpierw na łamach „Życia Warszawy”, a potem w „Gazecie Wyborczej”. Na początku bał się, że koledzy będą go nazywać „Pogrzebaczem” albo „Nekrologiem”. Spodobało mu się, kiedy usłyszał, że jest „Charonem, który przeprawia warszawskich aktorów na drugi brzeg”. Pisał też książki. W 2018 roku – miesiąc przed 99. urodzinami – promował książkę „Jedyne, co mi zostało, to pamięć”, dziennik z wizyt w teatrach przeplatany komentarzami na temat życia politycznego i kulturalnego Warszawy. Na setne urodziny Witolda Sadowego (uroczyste obchody odbyły się w warszawskim Teatrze Ateneum 7 stycznia 2020 roku), ukazała się jego ostatnia książka „Przekraczam setkę. Zapis wspomnień 2018-2019”. Witold Sadowy lubił w podniosłych chwilach recytować wierszyk autorstwa Lucyny i Ludmiły Legut, który dostał w prezencie na 90. urodziny: „Sadowy cud prawdziwy!/ Nigdy się nie zmienia!/ Inni już dawno zmarli/ on pisze o nich wspomnienia. Każdy chce być uwieczniony/ w jego wielkim dziele./ Musisz żyć, Witku, wiecznie – wołają przyjaciele”.

Dorota Wyżyńska

Zdjęcie profilowe: Adam Stępień / Agencja Gazeta