Wstecz

Młodzi ludzie zginęli w Tatrach. To była jedna z największych tragedii w polskich górach

Choć od tragedii minęły już 23 lata, pamięć o niej jest ciągle żywa. Grupa licealistów z Tychów wybrała się na Rysy. Część uczniów z tej wyprawy nie wróciła.

Transport ludzi zasypanych przez lawinę w Tatrach, 28 stycznia 2003 r,
Fot. Bartłomiej Kuraś / Agencja Wyborcza.pl

Powiązane artykuły

28 stycznia 2003 roku o poranku w Tatrach widać było skutki nocnej odwilży. Ciepło i opady deszczu sprawiły, że śnieg był luźniej związany z podłożem niż jeszcze kilka dni wcześniej. To warunki, które mogą doprowadzić do zejścia lawiny. Nie jest to dobra pora na chodzenie po wysokich górach, zwłaszcza jeśli nie ma się odpowiedniego przygotowania. 

Uczniowie z Tychów przyjechali z nauczycielami w Tatry

W Tatry, do schroniska nad Morskim Okiem, dzień wcześniej dotarli uczniowie Liceum Ogólnokształcącego im. Leona Kruczkowskiego w Tychach, związani ze szkolnym klubem sportowym Pion. Było to 21 uczniów w wieku od 16 do 18 lat oraz 22-letni brat jednego z nich. Organizatorem wyprawy był Mirosław Sz., nauczyciel geografii i wielki miłośnik gór. To nie była pierwsza taka wyprawa, uczniowie już wcześniej zdobywali pod jego okiem górskie szczyty. Nauczyciel był z młodzieżą m.in. na szczycie Mont Blanc i w górach Islandii. Z każdej wyprawy wracali zachwyceni. 

Jeden z ratowników TOPR wspominał potem, że w schronisku nad Morskim Okiem rozmawiał z geografem i odradzał mu wyjście na Rysy. Mówił, że młodzież, z którą przyjechał, nie jest odpowiednio przygotowana do zdobywania szczytu w warunkach zimowych. Podkreślał, że jeśli już koniecznie chcą wyjść w góry, powinien im towarzyszyć przewodnik tatrzański. Nauczyciel nie posłuchał tych rad. Zdecydował się poprowadzić wycieczkę. 

W poniedziałek 27 stycznia część grupy zdobyła Rysy. Wrócili zmęczeni, ale dumni z wyczynu. Opowiadali potem w schronisku, że śniegu w górach jest po kostki. W nocy pogoda w Tatrach się pogorszyła, mimo to jedenastu uczniów oraz dwóch opiekunów wyruszyło na Rysy. Obowiązywał w tym dniu drugi stopień zagrożenia lawinowego. Grupa zdobyła szczyt, ale gdy schodzili z Rysów, zeszła potężna lawina. Jej czoło miało kilka metrów wysokości, w dół runęły tysiące ton śniegu. Lawina rozbiła warstwę lodu na dużej powierzchni Czarnego Stawu.

Pojawiały się opinie, że lawinę mogli wywołać sami turyści. Jednak potem naukowcy, którzy badali sprawę, uznali, że lawina zeszła samoistnie. Jednym z powodów były warunki atmosferyczne panujące przed katastrofą.

Pod śniegiem znalazło się dziewięć osób – ośmioro uczniów i opiekun. Jeszcze w dniu tragedii odkopano kilka osób, ale część ofiar lawiny znalazła się w wodach Czarnego Stawu. Przeszukiwanie akwenu w takich warunkach było niemożliwe. 

– To jedna z największych tragedii w polskich Tatrach. Wprawdzie schodziły już u nas większe lawiny, ale ta zebrała tragiczne żniwo – mówił wtedy Jan Krzysztof, naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

– Grupa bez przewodnika tatrzańskiego w ogóle nie powinna próbować zimowego wejścia na Rysy – dodawał Paweł Skawiński, dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, cytowany przez "Wyborczą".
– Prowadzić mógłby tylko wykwalifikowany przewodnik, a i tak nie powinien mieć pod opieką więcej niż trzech turystów. 

Ratownicy mówili także, że przy drugim stopniu zagrożenia lawinowego żaden przewodnik nie zgodziłby się pójść z uczniami na Rysy.

Wielka akcja ratunkowa

Pomoc wezwał zaraz po wypadku przypadkowy turysta, który był świadkiem zdarzenia. Znalazł się poza lawiną, nie ucierpiał. Akcją osobiście dowodził szef TOPR Jan Krzysztof. Po dotarciu na miejsce ratownicy natknęli się na dziewczynę częściowo przysypaną śniegiem. Żyła – miała potłuczenia i złamaną rękę, ale pomoc dotarła w porę, udało się ją uratować. Rozmiar tragedii ratownicy poznali dopiero wtedy, gdy na miejsce zdarzenia dotarł nauczyciel. Mężczyzna był w szoku, trudno było się z nim porozumieć, ale w lawinie nie ucierpiał. Kolejna wydobyta osoba, chłopak, nie oddychał, nie dało się także wyczuć tętna. Przywrócono u niego pracę serca, lecz zmarł po kilkudziesięciu dniach w szpitalu. Kolejny odnaleziony uczeń już nie żył.

Na lawinisku pracowało kilkudziesięciu ratowników TOPR, ściągnięto na pomoc także pracowników Tatrzańskiego Parku Narodowego. Zwały śniegu przeszukiwały specjalnie wyszkolone do tego psy. Na miejsce dotarli także ratownicy ze słowackiej Horskiej Służby. Oni też chcieli pomóc. 

Transport ludzi zasypanych przez lawinę w Tatrach, 28 stycznia 2003 r, Fot. Bartłomiej Kuraś / Agencja Wyborcza.pl

Dla doświadczonych ratowników szybko stało się jasne, że część ofiar znalazła się w Czarnym Stawie i na ratunek dla nich jest już za późno. Mimo trzeciego stopnia zagrożenia lawinowego następnego dnia wznowiono poszukiwania. Nie przyniosły już efektów.

Pozostałe sześć ciał, wtłoczonych pod lód Czarnego Stawu, odnaleziono dopiero na wiosnę, po roztopach. Ostatnią ofiarę odnaleziono 17 czerwca. W lawinie zginęli: Przemek Kwiecień, Szymon Lenartowicz, Andrzej Matyśkiewicz, Łukasz Matyśkiewicz, Justyna Narloch, Ewa Pacanowska, Artur Rygulski i Tomasz Zbiegień. Ten ostatni był drugim opiekunem podczas wyprawy.

Tragedia stała się przyczynkiem akcji, którą zorganizowano w 2003 roku w Zakopanem. "Bezpieczne Tatry" to była wspólna akcja miasta Tychy, Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego i Tatrzańskiego Parku Narodowego. Toprowcy uczyli, jak uniknąć lawiny. Zainteresowanie przerosło oczekiwania organizatorów. Jak mówił PAP Jan Krzysztof, przygotowali się na 50 uczestników, a na szkolenie przyjechało 70 osób.

Tragedia miała swój finał w sądzie. 11 kwietnia 2006 roku nauczyciel został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu na cztery lata. Sąd Apelacyjny w Katowicach orzekł, że wypadek nastąpił z jego nieumyślnej winy.

Na Rysach zginęli nie tylko uczniowie 

Wypadki w drodze na Rysy zdarzają się od początku rozwoju turystyki tatrzańskiej. Lawina, w której zginęli uczniowie z Tychów, nie była jedyną taką tragedią na tej górze. 30 grudnia 2009 r. tuż przed południem z Buli pod Rysami zeszła lawina, która porwała pięć osób, zginęły trzy. 

Rodzice licealistów z Tychów pół roku po tragedii weszli na Rysy. "Zdobyli szczyt za swoje dzieci. Był to rodzaj hołdu, złożyli go w potwornym trudzie fizycznym, nienawykli do takich wyczynów i w psychicznych mękach, czując prawie cierpienie synów i córek, idąc po tych samych kamieniach, patrząc na miejsce, w którym tamci spadli. Najpiękniejszy pomnik, jaki można sobie wyobrazić. I, wydawało się, okiełznanie rozpaczy. Z pewnością było im lżej przez chwilę" – pisała wtedy w "Wyborczej" Małgorzata Goślińska, która towarzyszyła im w wyprawie.

Ewa Furtak