Wstecz

Mirosław Maciorowski: Jeszcze w marcu 1944 r. nikt w KG AK nie planował walk w Warszawie...

Prof. Jan Ciechanowski :-  Komenda Główna wyłączyła stolicę z planów akcji „Burza", której celem było wyzwalanie miast na wschodzie II RP i występowanie w nich w roli gospodarza wobec Sowietów. Co więcej, polscy politycy w Londynie poprosili państwa neutralne, m.in. Szwajcarię, żeby wpłynęły na walczące strony, by oszczędziły Warszawę i nie toczyły w niej walk. Komendant główny AK gen. Tadeusz „Bór" Komorowski zakładał jedynie ochranianie cywilów przez warszawskie oddziały i nękanie przez nie poza miastem cofających się Niemców.

W ciągu pięciu miesięcy wszystko się zmieniło. Dlaczego?

- 7. lipca 1944 r. wódz naczelny gen. Kazimierz Sosnkowski wysłał do „Bora" depeszę, w której zawarł przewidywania, jak w najbliższych tygodniach mogą się potoczyć walki w rejonie Wilna i Lwowa. Jeśli chodzi o Warszawę, to uważał, że powstanie nie ma tu sensu, bo Niemcy, żeby powstrzymać Sowietów, zapewne przerzucą w rejon stolicy ogromne siły. Ale w jego depeszy znalazł się także ustęp mówiący, że gdyby przy szczęśliwym zbiegu okoliczności przed wkroczeniem Sowietów można było zająć na krótko Wilno, Lwów i jeszcze jakieś inne - jak się wyraził – „centrum", to należy to zrobić. Czym w ówczesnej sytuacji mogło być to „centrum"? Mógł nim być Lublin, gdzie do walk akcji „Burza" doszło nieco później, oraz Kraków, gdzie rezydowali gubernator generalny Hans Frank oraz cały aparat Generalnego Gubernatorstwa, a więc znaczne siły. Natomiast w takich miastach jak Poznań czy Katowice akcja zbrojna na szerszą skalę nie wchodziła w ogóle w rachubę. Pozostawała więc Warszawa.

Ale jeszcze tydzień po depeszy Sosnkowskiego „Bór" nie planował walki w stolicy. Wynika to z treści depeszy, którą wysłał 14 lipca do Londynu.

- Tyle że kilka dni później za jego plecami odbyło się spotkanie trzech oficerów ze ścisłego dowództwa AK - szefa sztabu Komendy Głównej gen. Tadeusza Pełczyńskiego „Grzegorza", jego zastępcy gen. Leopolda Okulickiego „Kobry" oraz szefa oddziału operacyjnego płk. Józefa Szostaka „Filipa". Ta trójka doszła do wniosku, że walki w Warszawie nie da się uniknąć. Gdy po wojnie zapytałem o to spotkanie gen. Pełczyńskiego, twierdził, że go nie pamięta. Nie wierzę w to, musiał pamiętać, bo była to rozmowa zbyt ważna dla ówczesnych wydarzeń.

Kiedy powiedzieli o tych ustaleniach komendantowi głównemu?

- 21 lipca. A „Bór" pod ich wpływem zmienił zdanie i zaakceptował pomysł walki. Wydawało mu się, że ten szczęśliwy zbieg okoliczności, o którym pisał w depeszy wódz naczelny, właśnie nadszedł. Po pierwsze dlatego, że 20. lipca w Wilczym Szańcu doszło do zamachu na Hitlera, nieudanego, co prawda, ale w dowództwie AK fakt ten odczytywano, jako sygnał przełomu i zapowiedź załamania się dyscypliny w armii niemieckiej. Po drugie Niemcy zaczęli ewakuować się z Warszawy.

Decyzja o powstaniu zapadła, ale nie wiadomo jeszcze było, którego dnia i o której godzinie powinno się zacząć.

- Najmocniej do walki parł gen. Okulicki, człowiek specyficzny, którego jeden z podkomendnych określił, jako oficera „w gorącej wodzie kąpanego". Gen. Edmund Knoll-Kownacki, przed wojną dowódca 13. Dywizji Piechoty w Równem, gdzie szefem sztabu był Okulicki, mówił o nim „chojrak". Moim zdaniem wpływ na podejmowane przez Okulickiego decyzje miało także to, że był alkoholikiem, co w tamtych trudnych czasach nie było niczym wyjątkowym - piło wielu ludzi piastujących odpowiedzialne stanowiska i poddawanych ogromnej presji. Na alkoholizm cierpiał Winston Churchill, a najprawdopodobniej także Józef Stalin. Jednak człowiek porywczy i niecierpliwy, a do tego jeszcze pod wpływem alkoholu, nie zawsze działa racjonalnie. Okulickiemu wydawało się, o czym zresztą mówił otwarcie, że gdy wybuchnie powstanie, to Niemcy natychmiast się poddadzą.

Płk Janusz Bokszczanin, zastępca szefa sztabu KG AK, pisał we wspomnieniach, że na porannej odprawie 31. lipca przekonywał, że wystarczy, jak „milion warszawiaków rzuci się na Niemców z karabinem, butelką i kijem". Dość naiwne jak na wykształconego i doświadczonego oficera.

- Oczywiście, że naiwne, ale on uroił sobie, że pod naporem mas ludzkich, które - jak sądził - natychmiast rzucą się do walki, Niemcy się poddadzą, a może uciekną.

Okulicki miał silny charakter i duży wpływ na Komorowskiego i Pełczyńskiego.

- Owszem, ale trzeba też przypomnieć o tym, że w 1941 roku został aresztowany przez NKWD, załamał się w śledztwie i złożył Sowietom obszerny raport oraz obiecał współpracę. Tymczasem gen. Sosnkowski uważał go za świetnego oficera, który nigdy się nie załamał. Zastanawiam się, czy naprawdę nie wiedział, kogo wysyła do Polski. Okulicki został mianowany generałem i zrzucony do kraju w maju 1944 roku, a po powstaniu, już jako komendant główny AK, ujawnił się i podjął pertraktacje z Sowietami, choć generał Władysław Anders, wówczas pełniący obowiązki naczelnego wodza, wyraźnie tego zabronił. W efekcie gen. Okulicki ponownie wpadł w ręce NKWD, a już po przewiezieniu do Moskwy składał różne raporty. Pisał do Stalina.

Był w położeniu tragicznym, uwięziony, szukał ratunku...

- Oczywiście, ale z drugiej strony Ławrientij Beria pisał do Stalina, że NKWD prowadzi z Okulickim grę i niewykluczone, że coś mu obiecało. W końcu generał podjął głodówkę i umarł w więzieniu. To straszna tragedia, ale nie zmienia to tego, że Okulicki był według mnie człowiekiem nieodpowiedzialnym.

Wróćmy do powstania. 31. lipca, czyli w przeddzień Godziny W, podczas burzliwej porannej odprawy Komendy Głównej AK w lokalu konspiracyjnym przy ul. Pańskiej nie podjęto decyzji o walce.

- Co więcej, po tej odprawie „Bór" Komorowski doszedł do przekonania, że powstanie nie wybuchnie ani 1., ani prawdopodobnie 2. sierpnia. Z takimi ustaleniami około południa dowódcy AK rozjechali się do domów i umówili następną odprawę na godz. 18. Tymczasem godzinę wcześniej w mieszkaniu przy Pańskiej zjawił się płk Antoni Chruściel „Monter", dowódca okręgu warszawskiego AK, z informacją, że czołgi sowieckie podeszły pod Pragę, więc należy jak najszybciej podjąć decyzję o rozpoczęciu walki. Kiedy „Monter" przyniósł tę sensacyjną informację, w lokalu - dziwnym trafem - oprócz „Bora" byli jedynie generałowie Okulicki i Pełczyński oraz kobieta odpowiadająca za łączność między oficerami Komendy Głównej. „Bór" natychmiast sprowadził na miejsce delegata rządu na kraj Jana Stanisława Jankowskiego, żeby mieć podkładkę polityczną. A gdy Jankowski zaakceptował decyzję o wybuchu powstania, wydał ostateczny rozkaz. Stało się to więc jedynie w obecności oficerów, którzy parli do powstania; oponentów, którzy kłócili się z nimi na porannej odprawie, nie było. Zabrakło szefa wywiadu płk. Kazimierza Iranka-Osmeckiego „Hellera", szefa operacyjnego płk. Józefa Szostaka „Filipa" i szefa łączności płk. Kazimierza Pluty-Czachowskiego „Kuczaby".

Ci przyszli na Pańską zgodnie z planem godzinę później, gdy machina powstańcza została już uruchomiona.

- Około szóstej zjawił się płk Kazimierz Iranek-Osmecki, szef wywiadu KG AK. Kiedy po wojnie zapytałem gen. Komorowskiego, co mu wtedy zameldował, „Bór" odpowiedział, że usłyszał, iż nic nowego się nie dzieje. Tymczasem Iranek-Osmecki opowiedział mi taką trochę według mnie fantazję, którą zresztą umieścił również we wspomnieniach. W pokoju znalazł się jedynie z „Borem" w za dużym kapeluszu, który spadał mu na nos, i zapytał go, dlaczego podjął decyzję o walce bez innych oficerów sztabu. „Co pan najlepszego zrobił? Sowietów nie ma na Pradze, a Niemcy gromadzą tam wojska, bo przygotowują się do kontruderzenia. Trzeba odwołać rozkaz" - miał powiedzieć.

Usłyszał ponoć, że nie można już było tego zrobić, bo „Monter" dawno wyszedł, a rozkazy rozeszły się po mieście.

- Więc nie wiem, kto kłamie: „Bór" czy Iranek-Osmecki? Wkrótce na Pańskiej zjawili się też płk Szostak, również zdziwiony wydaniem rozkazu walki. On także wiedział o niemieckim kontruderzeniu, które wykluczało obecność Sowietów na Pradze. Gdy „Bór" wychodził, spotkał na schodach płk. Plutę-Czachowskiego, który mu to jeszcze raz potwierdził. Ale generał go zbył, mówiąc, że taka informacja nie została potwierdzona przez wywiad. A wywiad zewnętrzny, czyli pozawarszawski, prowadzili niezależnie od siebie ludzie zarówno Chruściela, jak i Iranka-Osmeckiego. Pierwszy przyniósł informację, która zdecydowała o podjęciu walki, a drugi jej zaprzeczył.

Armii Czerwonej nie było na Pradze, więc rację miał Iranek-Osmecki. Wychodzi na to, że „Monter" mógł celowo wprowadzić w błąd „Bora", by wydał rozkaz do walki. Ale to się nie zgadza z wydarzeniami na porannej odprawie, na której przecież głosował przeciw jej rozpoczęciu.

- Tak naprawdę nie wiadomo, z jakim raportem „Monter" o godz. 17. przyszedł do lokalu przy ul. Pańskiej, bo tego nie da się stuprocentowo zweryfikować. Ale moim zdaniem płk Chruściel wcale nie był przeciwnikiem powstania, na porannej odprawie niby głosował przeciw, o czym napisał płk Janusz Bokszczanin „Sęk", zastępca szefa sztabu ds. operacyjnych, który też w niej uczestniczył. Ale już Iranek-Osmecki twierdzi, że w ogóle go na niej nie było, bo przychodził tylko na popołudniowe odprawy. Według mnie „Monter", podobnie jak Okulicki czy Pełczyński, parł do powstania za wszelką cenę i obawiał się, że jeśli decyzja nie zostanie podjęta do 1. sierpnia, to będzie za późno.

Szef sztabu „Montera" ppłk Stanisław Weber „Chirurg" twierdził, że meldował dowódcy około godz. 15. o doniesieniach wywiadu o szykowanym przez Niemców kontruderzeniu, a „Monter" dwie godziny później meldował „Borowi" coś wręcz przeciwnego...

- Ppłk Weber bardzo się potem zdziwił, że decyzja o powstaniu zapadła, i uważał ją za błędną. Ja jeszcze raz podkreślę, że nie wiem na pewno, z czym „Monter" przyszedł do „Bora", ale w tym miejscu warto przypomnieć, że 27. lipca, gdy Niemcy zarządzili brankę 100 tys. ludzi do budowy fortyfikacji, „Monter" na własną rękę ogłosił alarm. Siedzieliśmy w miejscach zbiórek do rana, a „Bór", kiedy się o tym dowiedział, kazał ten alarm odwołać. Od 28. lipca byliśmy jednak właściwie cały czas w półalarmie.

Sądzi pan, że rozkazu o ogłoszeniu Godziny W wydanego 31. lipca około godz. 17. rzeczywiście nie można już było odwołać?

- To wątpliwe. Wkrótce rozpoczęła się godzina policyjna i łączniczki dopiero nazajutrz zaczęły rozsyłać rozkazy po mieście.

Oprócz Okulickiego, Pełczyńskiego i prawdopodobnie Chruściela do walki parł również płk Jan Rzepecki „Prezes", szef Biura Informacji i Propagandy KG AK. Na odprawie 31. lipca głosował za powstaniem. Czy on także uległ silnej osobowości Okulickiego?

- Według mnie to było jego indywidualne przekonanie i to on wpływał na „Montera", z którym przyjaźnił się już w czasach, gdy studiowali razem w Wyższej Szkole Wojennej. Rzepecki wiedział, że premier Stanisław Mikołajczyk jedzie 26. lipca do Moskwy i wydawało mu się, że może się dogadać ze Stalinem, a wtedy Sowieci udzielą pomocy powstaniu. Ale w końcu nie udzielili, bo przecież akcja gen. Zygmunta Berlinga (utworzenie przyczółków Wisły na Żoliborzu i Czerniakowie w drugiej połowie września 1944 r.) była tylko pozorowana.

Jak na pozorowaną akcję, to trochę dużo ludzi tam zginęło.

- Może nawet 3 tys. berlingowców wtedy poległo, co jest kolejnym dowodem na to, że powstanie było nieszczęściem.

Jednym z argumentów oficerów z Komendy Głównej, którzy sprzeciwiali się wybuchowi powstania, był brak należytego uzbrojenia. Ich oponenci, w końcu wykształceni oficerowie, mieli chyba świadomość, że atakowanie wroga kijami, o których mówił Okulicki, jest bez sensu.

- Mieli nadzieję, że Niemcy są już tak zdemoralizowani, że nawet kijami uda się ich wypędzić. Służyłem w 4. Kompanii Zgrupowania „Siekiera", która miała walczyć w Śródmieściu. Pamiętam, że przyszedł do nas zastępca dowódcy zgrupowania por. Teofil Budzanowski „Tum" i powiedział, że nazajutrz rozpocznie się powstanie. Nasz dowódca kompanii ppor. Zygmunt Sapuła „Zygmunt" zaprotestował: „Ale ja nie mam czym nacierać!". Wie pan, co na to odpowiedział „Tum"? „A ja mam scyzoryk". W mojej kompanii mieliśmy trzy karabiny, siedem pistoletów, zdezelowaną pepeszę, która strzelała pojedynczym ogniem, i 40 granatów. Z tym poszliśmy zdobywać Dom Akademiczek na Górnośląskiej 14, skąd mieliśmy przedłużyć natarcie na Sejm. Wyszliśmy około piątej, ja przy dowódcy kampanii, ale gdy „Zygmunt" został ciężko ranny, powiedział: „Natarcie się załamało, idź do Głuchoniemych". W Instytucie Głuchoniemych przy placu Trzech Krzyży stacjonowały jeszcze dwa plutony, które nie poszły do walki, bo nie miały z czym. Na 23 osoby, bo tyle miała grupa szturmowa, zginęło 10. Nie wiem, co sobie wyobrażali ludzie z dowództwa.

Często pojawia się argument, że młodzi ludzie z AK tak się rwali do walki, że i tak nikt by ich nie zdołał utrzymać.

- Nie zgadzam się z tym. Gdy pierwszy alarm został odwołany, ludzie częściowo się rozeszli, a to znaczy, że byliśmy zdyscyplinowani. Jeśli 1. sierpnia rozkaz nie dotarłby do nas albo w ogóle nie zostałby wydany, to nie podjęlibyśmy walki. Przecież Armia Krajowa to było normalne wojsko - jeśli rozkaz padł, to go wykonaliśmy. Ale nikt samorzutnie do walki raczej by nie poszedł. Może ktoś się do niej palił, ale nie u mnie w kompanii, a po 28. lipca nastroje mieliśmy raczej minorowe, bo wtedy się zorientowaliśmy, że mamy się bić bez broni. Ja miałem granat, opaskę oraz opatrunek osobisty i z tym poszedłem niby zdobywać Sejm.

A Niemcy jakoś nie rzucali broni i nie uciekali...

- A do tego jeszcze się bronili. Po wojnie miałem okazję się spotkać z dowódcami jednej z armii alianckich stacjonujących w Niemczech, która toczyła tam ciężkie boje. Opowiadali mi, że aby zdobyć jakiś dobrze ufortyfikowany obiekt, na przykład koszary SS, musieli się bić dwa-trzy dni. Z marszu zająć się ich nie dało, jak wymarzyli sobie nasi dowódcy.

Płk Bokszczanin wspomina Okulickiego, jak krzyczał na oficerów nastawionych sceptycznie do rozpoczęcia walki: „Nie trzeba nam ani planów, ani przygotowań. Potrzebny jest tylko rozkaz, trzeba tylko, żebyśmy mieli odwagę ten rozkaz wydać!". Ale plan strategiczny powstania przecież istniał?

- Był plan powstania powszechnego, ale zbyt ambitny, który zakładał, że powtórzy się rok 1918., a my będziemy Niemców dobijać. Ale, niestety, się nie powtórzył. Żeby zdobyć miasto, powstańcy mieli opanować przeprawy na Wiśle, lecz żadnego mostu nie zdobyli, bo bez zajęcia Pragi było to niemożliwe. A na Pradze powstanie załamało się w zasadzie pierwszego dnia.

Czy były w ogóle jakieś przesłanki, że Pragę uda się opanować?

- Według mnie to były mrzonki. Dowództwo zakładało, że podczas ofensywy 1. Frontu Białoruskiego Sowieci zaatakują ją z północy i południa, ale Stalin wydał rozkaz wstrzymania uderzenia i Pragę Armia Czerwona zajęła dopiero w połowie września, czyli po wielu tygodniach walki, gdy powstanie dogorywało.

Logiczny był też plan opanowania lotnisk. Jednak atak na Okęcie zakończył się fiaskiem. Czy w ogóle miał szanse powodzenia?

- Moim zdaniem nie miał. Zresztą szturm na Okęcie został odwołany, tyle że rozkaz nie dotarł na czas, więc doszło do natarcia, które załamało się przy bardzo dużych stratach. W pierwszych dniach powstania nie udało się opanować żadnych ważnych obiektów, nie tylko lotnisk, ale też mostów, dworców i kluczowych szlaków komunikacyjnych, a bez tego nie było mowy o przejęciu kontroli nad miastem.

Obiektów strategicznych nie udało się zdobyć, ale były miejsca symboliczne, które powstańcy opanowali, co podbudowywało morale walczących, na przykład najwyższy budynek w mieście, Prudential przy pl. Napoleona.

- Tak, ale Prudentialu Niemcy w ogóle nie bronili. Tam byli tylko cywile i dlatego powstańcy zdołali zająć ten wieżowiec i zatknąć na nim polską flagę. Starówkę również udało się zdobyć tylko dlatego, że nie była tak silnie obsadzona przez Niemców. Powstańcy zajęli tam Wytwórnię Papierów Wartościowych, ale już poza Starówkę nie poszli. Moja kompania po nieudanym natarciu na Sejm wróciła do Instytutu Głuchoniemych, gdzie siedzieliśmy, w ogóle nie wiedząc, czy powstanie się udało czy nie. W każdej chwili Niemcy mogli tam wejść, lecz na szczęście nie weszli. Trzeciego dnia powstania znów dołączyliśmy do walki przy zdobywaniu Gimnazjum św. Jadwigi na placu Trzech Krzyży i nagle zjawił się człowiek, który tubalnym głosem zwrócił się do dowodzącego tam wcześniej por. Mariana Stasiaka ps. „Czółno": „Nie kulić się (a sam miał taką trochę zgarbioną sylwetkę), wyprostować się, proszę mnie zorientować". Stał z planem Warszawy i wtedy zobaczyliśmy, że ktoś jednak dowodzi, walka idzie dalej. To był „Sławbor" (Jan Szczurek-Cergowski), nie wiedziałem wówczas jeszcze, że to pułkownik.

Czy istniał powstańczy plan B na wypadek niepowodzeń?

- Szef sztabu KG AK gen. Pełczyński 30. lipca doszedł do przekonania, że - jak się wyraził – „trzeba skakać do zimnej wody", czyli robić powstanie. Ale gdy 1. sierpnia po południu walka się zaczęła, oni nie mieli nawet radiostacji, z której mogliby nawiązać kontakt z Londynem. Została uruchomiona dopiero 2. sierpnia i wówczas wysłano z niej dwie depesze. Ale jakie! W pierwszej poinformowali, że walka się rozpoczęła. W drugiej apelowali, że trzeba spowodować, by Armia Czerwona weszła do Warszawy. Jeszcze 31. lipca planowali zająć ją tuż przed wejściem Sowietów, a zaledwie po dniu walki uznali, że powstanie właściwie się nie udało i koniecznie na pomoc musi przyjść mu Armia Czerwona. Gdy pierwszego i drugiego dnia powstańcom nie udało się zdobyć właściwie żadnego ważnego obiektu, Pełczyński chciał rozpuścić cały sztab. Kobiety miały przejść z powrotem do konspiracji. Tłumaczył: „Tu za chwilę przyjedzie gestapo nas aresztować". Nastroje były kapitulanckie, ale „Monter" powiedział, że on nie kapituluje, i walkę poprowadził jednak dalej. Sytuacja była katastrofalna, ale kapitulować nie było można, dopóki Niemcy nie zgodzili się na traktowanie nas jak jeńców wojennych, dzięki czemu zyskiwaliśmy prawa kombatanckie.

Pamięta pan moment, gdy poczuł pan, że powstanie zakończy się klęską?

- To było około 7. września, kiedy Niemcy zajęli Powiśle. Pamiętam, jak kilka dni później mój wuj, płk Edward Lubowicki „Seweryn", który walczył na Starówce i w Śródmieściu, zapytał mnie, młokosa: „Co powinniśmy zrobić?". „Kapitulować" - odpowiedziałem z przekonaniem. Wtedy już zresztą raczej wszyscy tak myśleli - walczący i cywile. Wśród zwykłych mieszkańców na początku wybuchł entuzjazm - ludzie budowali barykady, powstała cała sieć komendantów obrony przeciwlotniczej, kuchnie, jednak we wrześniu stosunki między walczącymi i cywilami były już złe. „Bora" Komorowskiego, gdy szedł raz przez plac Trzech Krzyży, zaatakowały kobiety, krzycząc: „Morderco naszych dzieci!".

W dyskusji o powstaniu warszawskim dominuje dziś raczej nurt bohaterski, heroiczny, trochę przytłaczający tych, którzy chcą zadawać trudne pytania.

- Sami powstańcy wpisują się w ten nurt bohaterski. Ja nie żałuję, że brałem udział w powstaniu, choć zostałem ranny. Uważam, że spełniliśmy swój obowiązek: kazali nam się bić i biliśmy się przez 63 dni. Jednak trzeba powiedzieć jasno: dowództwo AK nawaliło i popełniło mnóstwo błędów. Stalin około 9. sierpnia pozostawił Warszawę swojemu losowi, jedynie pozorując akcję Berlinga. Jak można było w ogóle robić powstanie i przed wybuchem walki nie zawiadomić o tym Sowietów?

Powinniśmy o tym dyskutować, sam wysłuchuję różnych argumentów. Ale uważałem i uważam, że decyzja o powstaniu była zła i doprowadziła do jednej z największych tragedii w naszej historii.